Rozmiar tekstu

Rozbrojenie, aresztowanie, epilog, dokumenty

Aresztowania, rozbrojenia i represje sowieckie

E P I L O G

 

Miejsce aresztowania przez NKWD oficerów Armii Krajowej podstępnie zaproszonych na odprawę ze sztabem II Frontu Białoruskiego

 

 

Dnia 17 lipca 1944 roku wydzielony z szeregów 7. Brygady Oddział po wycofaniu się z Bogusz, forsownym marszem dowodzony przez Komendanta "Wilhelma" przesuwał się w kierunku Puszczy Rudnickiej. Po drodze napotkał pozostałą część Brygady ,czasowo dowodzoną przez kpt. "Czarnego Jana".

Po porozumieniu się kpt. "Czarnego Jana" z Komendantem "Wilhelmem" kontynuowano marsz w dalszym ciągu w kierunku Puszczy. Po drodze kolumna była kilkakrotnie zawracana, przez stojące lub przemaszerowujące wojska sowieckie. Żadnych  oznak wrogości nie okazywali.

Pod wieczór cała kolumna dotarła do wsi Piełokańce. Podczas przeprawiania się samochodów ciężarowych taborów brygadowych mostek nie wytrzymał obciążenia i zaczął bardzo niebezpiecznie siadać. Samochody musiały zawrócić i ew. udać się inną drogą na wyznaczone przez Komendanta miejsce postoju Brygady.

Po przejściu wsi, w lesie ciągnącym się wzdłuż drogi, na lewym brzegu tej drogi, zarządzono postój. Bardzo zmęczeni, wielogodzinnym marszem, żołnierze poukładali się do snu. Obowiązywał zakaz palenia ognisk.

Bardzo wczesnym rankiem, ogłoszono bardzo cicho pobudkę.

Komendant w otoczeniu dowódców plutonów i oficerów, którzy zgłosili się w ostatnim czasie zrobił odprawę na której chcących na własną rękę próbować się wydostać z okrążenia, zwalniał z Brygady. Dość dużo chętnych, znających te tereny skorzystało z tego, pozostali zostali uformowani w kolumnę marszową .

Po przejściu około 400-500    metrów na końcu lasu rozpościerała się ogromna łąka o powierzchni ok. 3 - 4 hektarów.  Łąka była otoczona wojskiem sowieckim, a na niej siedziało już rozbrojonych kilkuset żołnierzy Armii Krajowej. Po obu stronach drogi leżała nasza partyzancka broń, nieraz krwią czy nawet życiem okupiona. Na cichy rozkaz komendanta przed odrzuceniem posiadanej broni należało, przynajmniej wyjąć zamek i odrzucić w innym kierunku lub w możliwy sposób uszkodzić ją przed oddaniem. Przechodząc obok leżącej już oddanej prze inne Oddziały ,my również musieliśmy oddać swoją.

Pozbawieni broni ,czuliśmy się jak rozebrani do naga, skazani na czyjąś łaskę.

Posiadanie broni było symbolem i zarazem w tamtych warunkach bywało synonimem osobistego poczucia wartości, byłem podmiotem a nie przedmiotem, z którym mogli robić co chcieli. Uczucia bezsilności, beznadziejności nie można oddać w słowach, to mogą zrozumieć w pełni tylko Ci, którzy na własnej skórze tego doświadczyli.

Martwa cisza ,tylko komendy w języku rosyjskim wskazują miejsca na którym mamy siadać z jednoczesnym  uprzedzeniem, że wszelkie podnoszenie się i przechodzenie ,będzie zaliczane do prób ucieczki i spowoduje użycie broni.

Zdesperowani przesiedzieliśmy na tej łące, aż do wczesnego popołudnia. Zarządzono uformowanie kolumny marszowej, ósemkami, co kilka metrów po obu stronach z bronią skierowaną w naszym kierunku szli żołnierze sowieccy z zielonymi otokami na czapkach. Kilka razy podczas przejścia przez wieś, od ludności miejscowej otrzymaliśmy po kawałku chleba lub wody do picia.

Właśnie podczas przemarszu przez którąś wieś koleżanka "Teo" Teodozja Mrukówna obecnie Piaskowska, sanitariuszka II plutonu 7 Brygady, krokiem w lewo i zwrotem w kierunku przemaszerowującej kolumny, zdołała zbiec. Ponieważ nie była w mundurze wojskowym, to po zdjęciu opaski nie wyróżniała się spośród stojącej ludności wiejskiej.

Natomiast zdarzało się kilkakrotnie, że próbujący oddalać się pojedynczo lub w kilka osób, natychmiast powodował dołączanie się do konwoju żołnierzy na koniach i po dogonieniu ich byli zabijani na miejscu i pozostawiani,

W ten sposób wytworzona sytuacja powodowała, jakąś bezwładność, apatię, beznadziejność nawet obezwładniała. Pod wieczór kolumna dotarła do jakiejś miejscowości, w której plac był ogrodzony rozpadającym się bardzo starym murem. W środku stały dwa baraki i osiem lub dziesięć dużych pustych stajni, wojska niemieckie trzymały tam konie taborowe. Ogłoszono, że oficerowie mają zająć miejsca w barakach, pozostali w stajniach. Do baraków również pozwolono przejść kobietom sanitariuszkom i otworzyć punkt doraźnej pomocy sanitarnej.

Wojska konwojujące pozostawiając tylko straż przy bramie z rezerwą na zmiany, odmaszerowały.

Miejsce pobytu rozbrojonych i aresztowanych oficerów i żołnierzy Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego w okresie od 18 do 28 lipca 1944 r. Skąd wywieziono oficerów do obozów w Riazaniu i Diagilewie natomiast żołnierzy początkowo do Kaługi, a następnie do obozów pracy leśnej.

 

Musiano we własnym zakresie zorganizować dowóz wody „beczkowoz”, uruchomić kuchnię, która coś gotowała, ale dwa kotły odkryte o pojemności ok. 150 litrów każdy, na taką ilość ludzi zebranym na placu  nie dawała żadnej pewności na dostanie czegokolwiek oprócz chorych i najbardziej potrzebujących. Dużo więcej pomogła nam ludność miejscowa, która w miarę swoich możliwości podawała przez bramę jakąś żywność. Strażnicy przy bramie nawet specjalnie nie bardzo szczegółowo sprawdzali co zostaje podane.

Zauważyliśmy, pojawianie się jakichś ludzi, którzy zaczęli wypytywać o poszczególne osoby z różnych  Brygad i Batalionów Okręgu Nowogródzkiego. Między innymi często pojawiało się pytanie o Komendanta "Wilhelma", adiutanta "Żuka" i innych. Zostali oni ostrzeżeni i w możliwy sposób w tamtych warunkach osłaniani. Spowodowało to ucieczkę por Wilhelma Tupikowskiego ps. "Wilhelm" Komendanta 7. Brygady, por. Eugeniusza Szymaniaka ps. "Poraj" dowódcę 1 plutonu, por Aleksandra Dukszto ps. "Wicher" dowódcę 2 plutonu oraz kilkudziesięciu żołnierzy  7. Brygady. Żadnych działań, pilnująca nasz straż nie przejawiała.

22 lub 23 lipca przybyła do Miednik delegacja Armii Berlinga jak wówczas nazywano Wojsko Polskie formowane na terenie ZSRR oraz kilku cywili przedstawicieli Związku Patriotów Polskich, przedstawiający się jako kapitan Wojska Polskiego o nazwisku Soroka, bardzo źle mówiący po polsku, próbował przekonywać nas abyśmy wstąpili do wojska i wspólnie bili hitlerowców. Na pytania w jakich formacjach będziemy służyli i pod czyim dowództwem, odpowiadał bardzo zawile, tłumacząc, że o tym będą decydować tzw. "wojen komaty" odpowiedniki polskich PKU. Na zgłoszenie postulatu, że wstępujemy do Wojska Polskiego ale pod dowództwem Komendanta Okręgu generała „Wilka”, wycofał się z dyskusji. Kilkunastu żołnierzy zgłosiło się na ochotnika, nawet nie zapisując wyprowadzono ich poza obręb otoczony murami i umieszczono w jakiejś chałupie we wsi. Rano w chałupie pozostało chyba dwie osoby, które zostały przyprowadzone ponownie za mury. Przywitani zostali gwizdami i śmiechem.

Miedniki Królewskie. Lipiec 18 - 28.07.1944.
Droga pomiędzy byłymi stajniami obecnie
miejsca przebywania aresztowanych żołnierzy.

 

Miedniki Królewskie. Lipiec 18 - 28.1944r.
Grupa aresztowanych żołnierzy Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego.

 

W nocy  z 26 na 27 lipca 1944 roku zostały zwiększone patrole, pilnujące wokół murów jak i przy bramie. Nie wypuszczano już nikogo na zewnątrz, a grupa przywożąca wodę otrzymała silny konwój. 28 lipca z rana zarządzono zbiórkę, przeprowadzono rewizję, nie bardzo szczegółową ale już u bardzo wielu kolegów zabrano sporo rzeczy osobistych, które zdaniem rewidujących nam nie przysługiwały. Około południa uformowano z zatrzymanych i przebywających w stajniach lub na placu kolumnę, w szyku ósemkowym, zostaliśmy otoczeni bardzo silnym i gęstym konwojem wojsk NKWD z bronią skierowaną w naszym kierunku, gotową do strzału.

W Miednikach pozostali oficerowie, którzy mieszkali w barakach.

Przed wymarszem dowódca konwoju zapowiedział, że jakiekolwiek oddalenie się z szeregu, będzie uznawane za ucieczkę i do oddalającego będą strzelać. Przemarsz  trwał kilka godzin. Całą kolumnę, po godzinie marszu zatrzymywano, bez prawa zmiany miejsca lub oddalenia się. Kolumna dotarła do stacji kolejowej na, której już stały wagony towarowe z za drutowanymi okienkami. Kolumnę tak jak podprowadzano, dzielono odliczając po 45 osób do jednego wagonu. Wagony były zupełnie puste, a po władowaniu się 45 ludzi prawie, że nie było miejsca na stanie na obu nogach. Drzwi zostały zasunięte i zamknięte. Pociąg ruszył w nocy z 28 na 29 lipca.

Kierunek nie znany. Następnego dnia pod wieczór pociąg zatrzymał się i do każdego wagonu podano t.zw. suchy prowiant, śledzie i suchary, w jakiejś tam ilości, do podziału między wszystkich. Tak powtarzało się przez całą podróż. Tego rodzaju jedzenie bez wody przy wysokiej temperaturze zewnętrznej, było nie do zniesienia. Za podanie manierki lub menażki wody przez konwojentów, żądali oni zegarka lub butów. Potrzeby fizjologiczne trzeba było załatwiać w wagonie lub przy okazji zatrzymania się pociągu w polu i wypuszczeniu poszczególnymi wagonami, tuż przy wagonach, otoczeni przez konwojentów. Próby ustalenia w jakim kierunku jedzie pociąg, nie dawały żadnego rezultatu, ponieważ trasa prowadziła w różnych kierunkach, północnym, wschodnim, południowym, a nawet bardzo krótko na zachód. Prawdopodobnie tak puszczano pociąg, po wolnych torach. Po drodze na jakiejś stacji zostaliśmy obrzuceni kamieniami, przez ludzi znajdujących się na stacji po otrzymaniu informacji od konwojentów naszych, że konwojują faszystów. Podróż trwała 7 dni.

Rano 5 sierpnia 1944 roku pociąg stanął na jakiejś stacji. Usłyszeliśmy jakiś ruch wokół wagonów rozmowy prowadzone nie tylko przez konwojentów. Rano zaczęto otwierać wagony i rozkazano wysiadać. Kilku dniowa podróż w takich warunkach odbiła się na naszej kondycji fizycznej. Przy formowaniu kolumny marszowej, zgodnie ze zwyczajami sowieckimi ósemkami, często trzeba było, podtrzymywać jeden drugiego. Na czele kolumny pojawiła się orkiestra wojskowa przybyła z miasta i przy dźwiękach marszy, kolumna ruszyła.

Po wprowadzeniu do miasta, na jakimś placu po raz pierwszy zaczęto nas spisywać. Należało podać imię, nazwisko, imię ojca i datę urodzenia. Na podstawie tych danych dawano przydział do poszczególnych grup. Okazało się, że to były przydziały do poszczególnych rodzajów broni. Np. strzelcy, broń przeciw pancernej karabinów maszynowych  itd. Rozlokowano nas w różnych częściach miasta Kaługi.

Aby nas zająć już na drugi dzień sformowano nas w dość duże grupy i pod nadzorem uzbrojonych strażników odgruzowywaliśmy miasto, a wydobyte cegły po cztery sztuki kazano przenosić na dość dużą odległość. Były już zorganizowane kuchnie, w których trzy razy dziennie wydawano, głodowe posiłki.

Gdzieś po 10 dniach odgruzowywania i noszenia cegieł , którymi koledzy, którzy zgłosili się, że są fachowcami, murarzami, tynkarzami, stolarzami i t p. przebudowywali stajnie lub garaże na koszary, w których mieliśmy mieszkać. Któregoś dnia przyprowadzono nas wszystkich na duży plac, przegrodzony płotem z kolczastego drutu, duży barak przechodził przez ogrodzenie. Wejście było z jednej strony, natomiast wyjście z drugiej. Już byliśmy podzieleni na drużyny, plutony i kompanie. Do baraku wpuszczani plutonami. Wokół zewnętrznego ogrodzenia pojawiły się kobiety Rosjanki, proponujące wymianę posiadanej garderoby i obuwia za dopłatą na łachy, nie nadające się właściwie do noszenia, jednocześnie informując, że i tak w baraku będą zabierać wszystko. Po wejściu, kazano rozebrać się i oddać ubranie do dezynfekcji. W następnym pomieszczeniu siedziało kilka kobiet z maszynkami do strzyżenia włosów i brzytwami do golenia. W pierwszej chwili konsternacja, ale nie wybredne pseudo żarty spowodowały podchodzenie do nich i poddanie się tym fryzjerskim zabiegom.

Okazało się po latach, że to była reguła lagrowa. Kobiety były fryzjerkami dla mężczyzn, natomiast mężczyźni dla kobiet. Jeden ze sposobów poniżenia i załamywania psychicznego. W następnym pomieszczeniu była pseudo łaźnia. Kilkanaście natrysków z zimną wodą. Wydano po kawałku mydła, które w tej wodzie wcale nie mydliło się, natomiast pozostałe gdziekolwiek włosy  razem z wodą spływały. W następnym pomieszczeniu, magazynie po podaniu numeru rozmiaru ciała i obuwia, sowiecki Żołnierz wydawał nowe ubranie, bieliznę i obuwie. Jeżeli nie pasowało, należało wymieniać między sobą. Magazynier ani zwrotów ani do wymiany nie przyjmował. Wydane sorty składały się  z koszuli, kalesonów, spodni, bluzy, furażerki, onuc i butów. Były to sorty żołnierzy sowieckich. Po wyjściu przez drugie wyjście, ogoleni ze ściętymi włosami na głowie, w sowieckim ubraniu, furażerce nie mogliśmy się rozpoznać. Po powrocie do miejsca zakwaterowania, wydano pościel oraz worki na sienniki, które należało napchać przywiezioną słomą.

Tak rozpoczęła się, przymusowa próba służby w armii sowieckiej. Codzienne ćwiczenia, musztra według regulaminów sowieckich przeplatane tak zwanymi prasówkami i pogadankami propagandy politycznej prowadzonymi przez oficerów politycznych. Zamiast broni wydano drewniane atrapy, z którymi musieliśmy ćwiczyć. Trwało to kilka tygodni. W między czasie zwolniono do domu kobiety nasze sanitariuszki, roczniki 1928 i wyższe.

Pod koniec pierwszego tygodnia miesiąca wrześnie 1944 roku wyprowadzono nas na plac przy  koszarowy, na którym w ciągu nocy postawiono podwyższenie z barierką od przodu. Ustawiono wszystkich w czworobok z otwartym bokiem od strony trybuny. Wprowadzono poczet sztandarowy wojsk sowieckich i  oficer w randze pułkownika bez wstępu wydał komendę przygotowania się do przysięgi. Trzykrotnie powtarzał pierwsze słowa przysięgi i trzykrotnie martwa cisza z naszej strony. Trudno określić czy to było zaskoczenie czy spodziewana reakcja. Wydano komendę wyprowadzenia sztandaru. Dowódcy poszczególnych kompanii wydali rozkaz powrotu do koszar. Więcej na ćwiczenia już nie wyprowadzano.

Po dwu dniach bezczynności, ponownie zaprowadzono nas do tej samej łaźni. Ubranie należało  ułożyć w kostkę i odłożyć na wskazane miejsce. Po przyjściu przez natryski z letnią wodą, ponownie znaleźliśmy się w pomieszczeniu, w którym wydawano odzież. Tym razem była również odzież wojska sowieckiego lecz już bardzo zniszczona, było po upraniu ale to nie dawało wyglądu ubrania czystego.

10 września 1944 roku po zbiórce wszystkich i wystąpieniu na rozkaz fachowców kilkunastu branż, którzy odmaszerowali do koszar, pozostali pod konwojem zostali wyprowadzeni na stację kolejową, na której przed miesiącem wyładowywaliśmy się. Do podstawionych wagonów towarowych, tym razem plutonami, bo  tak nas ustawiono po 45 osób  i kazano wsiadać do wagonów. Po paru godzinach pociąg ruszył. Kierunki jazdy były różne w cztery strony świata. W zależności od kierunku jazdy, próbowaliśmy odgadnąć dokąd jedziemy. O istnieniu łagrów wiedzieliśmy, niektórzy z nas i nasze rodziny zostały tym dotknięte i dlatego nawet najbardziej pesymistyczne pogłoski znajdowały posłuch. Po kilku dniach podróży w czasie której na posiłki wydano suchy prowiant, pociąg zatrzymywał się kilkakrotnie i można było wysiadać dla załatwienia potrzeb fizjologicznych.

Wyładowano nas w grupie około 700 osób w lesie przez, który przechodziła jedno torowa linia kolejowa. Po odejściu o kilkanaście metrów od torów przydzieleni dowódcy wojskowi wydali rozkaz dobrania się parami jako pary wspólnie pracujące w lesie przy wyrębie drzewa. Wydano dla każdego siekierę i na parę piłę ręczną. Wydzielono drużynę gospodarczą, kucharzy, a pozostałym polecono budowę szałasów pod którymi będziemy spali. Pobyt nasz według słów i oficerskiego słowa pułkownika, miał trwać sześć tygodni. Trwał do połowy grudnia 1945 roku.

Przez cały czas pobytu  w lesie nie otrzymaliśmy nigdy ani sienników, ni koców, spaliśmy w tym w czym chodziliśmy i pracowaliśmy. Ubrania zmieniano dwa razy w ciągu roku. Jesienią na zimowe, wiosną na letnie. Na dwoje ludzi wyznaczono działki  w kwadracie o boku ok. 50 mb. Norma dzienna konieczna do wykonania aby dostać posiłek wynosiła u nas 12 metrów przestrzennych. W innych t zw. batalionach w zależności od jakości lasu była inna. Norma wyżywieniowa wg określeń naszych strażników była taka dla wojsk poza liniowych. Wynosiła dziennie 400 gram chleba, pieczonego według receptury znanej tylko piekarzom. Rano miska czegoś co nazywano zupą, ale ją nie było. Po wykonaniu normy obiad, miska zupy o różnej nazwie ale podobnym smaku, przypominającym pomyje, dwie łyżki stołowe gotowanego prosa z jakimś tłuszczem, jadalnym tylko gdy był  ciepły jeszcze płynny, po zastygnięciu stawał się nie jadalny, nawet przy bardzo dużym głodzie, a na kolację ponownie miska zupy i co kilka dni po dwie łyżeczki od herbaty cukru. Ponadto raz  na 7 dni po dwie garści pokrajanych drobno łodyg tytoniowych, które dało się palić tylko w gazecie.

Aby zarobić na dodatkową porcję chleba tam nazywany "dopełnitielnyj pajok" trzeba było wykonać wyznaczoną normę przynajmniej w 110 %. Porcje te wydawano okresowo co jakiś czas, dla osób którym udało się uzyskać zaświadczenie o wykonaniu w takim procencie normy. Już temperatura spadła do 5 - 7 stopni poniżej zera, śnieg leżał na stałe, a my spaliśmy na gołej  ziemi bez żadnej pościeli lub przykrycia. Wzdłuż szałasu przewidzianego na 150 ludzi,  był on o wymiarach 7 na 40 metrów, wysokości przez środek 2,5 metra wykopaliśmy rów ,w którym przez całą noc dyżurny palił niewielki ogień przez całą długość. Dawało to od strony ognia jakieś ciepło, natomiast od drugiej furażerka położona pod głowę przymarzała do ziemi. W połowie października wydano zimowe ubranie również wojskowe, używane, otrzymaliśmy: spodnie watowane, bluzy, bieliznę, kurtki watowane, zimowe czapki t. zw.  "papachy" oraz „walonki”. Były to filcowe bardzo mocno sprasowane buty, do nich onuce. Jeżeli było sucho to było to bardzo ciepłe obuwie. Gorzej na mokro, bo nasiąkały i waga każdego osiągała do kilku kilogramów, co przy bardzo już wyczerpanych organizmach dawało się odczuwać jak kajdany.

Termin pobytu pierwotnie wyznaczony na sześć tygodni był kilkakrotnie przedłużany. W grudniu 1944 roku pozwolono nam po wykonaniu normy w lesie kopać doły pod ziemianki. Drzewo na budowę trzeba było przynieść na plecach z lasu. Sytuacja była na tyle przymusowa, że dalsze przebywanie w szałasach było nie możliwe. Stworzone przez nadzór NKWD warunki zmusiły nas do takiego wysiłku. Zaczęły się objawiać pierwsze objawy opuchlizny głodowej, owrzodzenia całego ciała, zapalenia płuc itp. Służby sanitarnej nie mieliśmy. Szpital był oddalony o kilkanaście kilometrów. W zasadzie ziemianki były budowane w godzinach nocnych, do robót wykończeniowych jak układanie z przyniesionych przez resztę zatrudnionych żerdzi o średnicy ok. 10 cm, miejsc do spania, korytarza przez środek ziemianki, drzwi itp. wyznaczono oddzielne grupy, które do lasu wycinać nie chodziły. Do ziemianek wprowadziliśmy się w drugiej połowie grudnia 1944 roku.

Po kilku dniach dołączyła do nas grupa pozostawionych w Kałudze fachowców. W ciągu pobytu nauczyliśmy się, a nawet doszliśmy do perfekcji w oszukiwaniu nadzorców przyjmujących codzienną normę. Sprawy te każda para miała opanowane we własnym zakresie, a najwyżej dzieliła się osiągnięciami. Bardzo uciążliwą sprawą stawały się bardzo często, pobudki w nocy, do ładowania wagonów . Wyczerpanie fizyczne ciągłą ponad siły pracą, przy głodowych racjach wyżywieniowych doprowadzała do takiego wycieńczenia organizmów, że nawet sowieccy lekarze dawali zwolnienia od pracy. Ciągła inwigilacja, znikanie po nocy ludzi wzywanych do politruka, beznadziejna sytuacja polegająca na nie określonym przez nikogo okresie pobytu, ciągłe kłamliwe obietnice nadzoru NKWD-owskiego o rychłym powrocie do domu były bardzo demoralizujące i przygnębiające.

Zdarzały się samo okaleczenia, na skutek wyczerpania tak fizycznego jak i psychicznego. Z nastaniem wiosny, zaczęły przybierać na sile ucieczki tak pojedyncze jak i grupowe. Według bardzo nie pełnych i nie pewnych danych uciekło z Kaługi, a następnie z obozów leśnych około 250 osób z których tylko bardzo małą część udało się formacjom NKWD złapać.

Z  żołnierzy 7. Brygady uciekli, według wiadomości posiadanych przeze mnie Jan Czerwiński „Żuk”, Władysław Żukowski "Jawła", Anatol Iwanowski "Budda", Wiktor Iwanowski „Szpak”, Aleksander Nowoszyński "Alek", Józef Garbaczenek "Wilk", Eugeniusz Iwaszkiewicz "Kmicic" złapany, sądzony i skazany  na 8 lat "łagrów", Wacław Iwaszkiewicz "Cichy" złapany  sądzony i skazany na 10 lat "łagrów", Apolinary Kozakiewicz "Grot", Henryk Piotrowski "Grom", Rybiński Kazimierz "Zawisza"i Mieczysław Wołodźko "Róża".

Przez cały okres pobytu byliśmy strzeżeni przez uzbrojonych żołnierzy wojsk NKWD, w czterech obozach, odrutowanych, oddalonych od siebie o ok. 15 km:

- I batalion w miejscowości Prudy na 48 kilometrze,

- III i IV bataliony w miejscowości Średniaki na 40 kilometrze,

- II batalion w miejscowości  Maleicha  na 28 kilometrze.

W jakiej formie fizycznej i psychicznej wytrzymywał każdy uwięziony, zależało od wielu czynników. Jak był, przygotowany do pracy fizycznej, jak organizm jego był odporny na nie dożywianie, jak daleko posuwał się w ryzykanckich poczynaniach dla zdobycia żywności, a polegało to na grupowym wyjściu nocą ze strzeżonego obozu, dojścia do najbliższego kołchozu, rozbicia zamknięcia ziemianki w której przechowywano żywność i powrót do obozu w sposób niezauważony przez strażników. To oprócz posiadania kilku kilogramów ziemniaków, dawało jakąś dziwną pewność psychiczną, przeciwstawiania się strażnikom zmuszających nas do wykonania tej niewolniczej normy, od której zależało dostanie posiłku, który nie zaspokoił ciągłego uczucia głodu.

Gehenna ta trwała do połowy grudnia 1945 roku. Kazano zdać narzędzia pracy i przygotować się do odjazdu, do  którego byliśmy właściwie gotowi już na drugi dzień po wjeździe z lasu na nasze miejsce przywieziono z wyrokami 5 lat "łagrów" oficerów Armii Radzieckiej, którzy po przebytej niewoli w obozach niemieckich zdecydowali się  na powrót do swojej  Ojczyzny.

Podstawiono wagony osobowe, kolei trans syberyjskiej z przedziałami do leżenia. Po przez Moskwę dojechaliśmy pod Smoleńsk do miejscowości Kirowo i tam w bardzo czystych, odnowionych ziemiankach, po kilku po sobie następujących spisach danych osobowych, zaczęto nas przemundorowywać. Mieliśmy otrzymać przysłane przez Anglików,  ich sorty wojskowe. Ale jak to bywa w tym najszczęśliwszym kraju świata, część umundurowania zginęła lub zaginęła. Dostaliśmy częściowo brytyjskie, częściowo sowieckie, ale nowe sorty wojskowe.

Dnia 29 lub 30 grudnia 1945 roku ponownie załadowano nas ale już do pustych wagonów towarowych  i ruszyliśmy w stronę Brześcia nad Bugiem, stacji granicznej. Granicę przekroczyliśmy 5 stycznia 1946 roku, po 17 miesiącach przymusowego pobytu na „nieludzkiej ziemi".

W Terespolu oczekiwał nas konwój wojska polskiego, któremu zakazano rozmów z nami. Po dojechaniu do Białej Podlaskiej, wojsko odmaszerowało, pozostawiając nas w wagonach, w  których mieliśmy czekać na wydanie dokumentów. Na drugi czy trzeci dzień zaczęto robić nam zdjęcia do dokumentów i sporządzać spisy danych osobowych. Tegoż dnia wydano rozkaz opuszczenia wagonów, które stały się potrzebne dla następnego transportu zwalnianych z łagrów Polaków.

Ogłoszone przez kościół i w szkołach wiadomości o konieczności zapewnienia nam miejsc do  zatrzymania się na krótki okres, potrzebny na oczekiwanie na dokumenty, dał nadspodziewane wyniki. Cała ludność Białej Podlaskiej, zgłosiła chęć przyjęcia na ten okres kogoś z powracających żołnierzy Podziemnego Państwa Polskiego  Armii Krajowej Okręgu Wileńskiego. Począwszy od 12 stycznia zaczęto wydawać dokumenty wystawione przez Ministerstwo Bezpieczeństwa  Publicznego w Warszawie stwierdzające, że zostaliśmy zwolnieni i udajemy się do i tutaj wpisywano podaną miejscowość. Dokument nie stwierdza skąd zostaliśmy zwolnieni, po jakim okresie pobytu, za co byliśmy zatrzymani ani na jakiej podstawie. Dla nas powracających wówczas, było to mało ważne,  ważniejsze było to że jesteśmy wolni i w Kraju, w Ojczyźnie. Jedną z tych nie zapomnianych chwil pierwszych dni powrotu do Ojczyzny, była zorganizowana w kościele parafialnym na intencję naszego powrotu uroczysta Msza Święta. Po ogłoszeniu tego, a jeszcze mieszkaliśmy w wagonach na stacji kolejowej, uformowaliśmy czwórkami kolumnę marszową. I co najdziwniejsze, pomimo tylokrotnych rewizji, wymiany ubrań, pojawiły się na "papachach" polskie orzełki przechowane z naszych partyzanckich czapek i co niektórzy  posiadali biało czerwone opaski. Śpiew maszerującej kolumny wojska i to piosenek nie śpiewanych przez Ludowe Wojsko Polskie, a piosenek  wojskowych z przed 1939 roku ,wywołał ludność Białej Podlaskiej na ulice.

Uroczysta Msza Święta i patriotyczne kazanie wywołały nie u jednego łzy, nie wiem czy radości czy wzruszenia, czy obu tych uczuć naraz, w każdym razie takich chwil nie zapomina się. Ogólna atmosfera  w tamtym czasie, nie ustabilizowana sytuacja polityczna, masowa nagonka na Armię Krajową, której żołnierzami byliśmy, przeżycia obozowe nie sprzyjały możliwościom utrzymywania kontaktów z większą ilością znajomych. Kontakty nasze ograniczały się do rodzinnych lub najbliższych kolegów, znających siebie jeszcze z cywila.

Lata późniejsze jeszcze bardziej oddaliły nas od siebie,  podejrzliwość władz, służba w  Armii Krajowej stanowiła skazę na naszych życiorysach, to wszystko sprawiło, że dopiero po kilkudziesięciu latach można było spokojnie oddychać, nie nazywano nas oficjalnie "bandytami", "czarną reakcją" lub innymi epitetami. To również wytworzyło luki w pamięci  i sprawiło trudności w odtwarzaniu i opisywaniu tamtych lat, okresu wzniosłych uczuć, czystego patriotyzmu nie skażonego kunktatorstwem, interesowności, wyrachowaniem.

Patriotyzm, poczucie spełnienia obowiązku względem Ojczyzny, walka o jej Niepodległość i Niezawisłość było najważniejsze i dlatego my  żyjący pamiętając, że pozostawiliśmy kilka set grobów na Wileńszczyźnie, kilkadziesiąt w głębi ZSRR Kolegów, którzy oddali życie za  sprawę, musimy pozostawić prawdziwy obraz naszej działalności. W archiwach  pełno tworzonych tendencyjnie dla celów  politycznych pod dyktando sowieckie  tak o organizacjach jak i szeregowych członkach tych organizacji dokumentów spaczających historię i uwłaczających tym ludziom. Niech to będzie przynajmniej tworzyło równowagę i możliwość porównań dla chcących poznać tamten okres, ówczesnych ludzi, a może swoich przodków.

 

Aresztowanych żołnierzy załadowano do wagonów towarowych po 45 osób, za drutowano i dnia 28 lipca 1944 roku wywieziono do Kaługi. Po odmowie złożenia przysięgi wojsk radzieckich, ponownie przewieziono do obozów ciężkiej pracy leśnej, przy wyrębie drewna.

Podzielono na 4 obozy usytuowane w okolicach Jegoriewska.

Zwolniono i przewieziono do Kraju w styczniu 1946 roku.

Zwolnienia dokonał Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Białej Podlaskiej, wystawiając odpowiednie zaświadczenia i zakładając specjalną ewidencję.

Natomiast oficerów przewieziono do więzień w Wilnie i po bardzo uciążliwych śledztwach, wywieziono do obozów oficerskich skąd zwalniano małymi grupami dopiero w 1947 roku i później.

Tak zakończył się omawiany opracowaniem okres walki o niepodległość i niezawisłość Ojczyzny w granicach obowiązujących w tamtym okresie.

Walka trwała dalej, powstały Oddziały Samoobrony walczące jeszcze kilka lat.

Represje sowieckie nasilały się coraz bardziej, aresztowania, preparowane sprawy sądowe, wieloletnie wyroki, skazujące na wieloletni pobyt w łagrach, okupiony wyrokami śmierci lub śmiercią z wyniszczenia organizmów .

Działania zbrojne NKWD na Wileńszczyźnie w drugiej połowie 1944  - 1946 były bezwzględne i polegały na fizycznym likwidowaniu osób narodowości polskiej, określonej w polityce radzieckiej jako element wrogi ustrojowi sowieckiemu.

 

 

1944 lipiec 16, Moskwa. –

Raport Ł. Berii dla J. Stalina,W. Mołotowa, i A. Antonowa

o działaniach  operacyjno-czekistowskich w Wilnie                                           Ściśle tajne

Państwowy Komitet Obrony

tow. Stalin J. W.

RKL ZSRS tow. Mołotow W. M..

Sztab Generalny Acz - tow. Antonow

Delegowany przez nas do Wilna wraz z grupą pracowników NKWD zastępca Ludowego Komisarza Spraw Wewnętrznych, tow. Sierow informuje co następuje :

W celu przeprowadzenia działań operacyjno - czekistowskich wydzielono 19 grup NKWD - NKGB, które od rana 14 lipca przystąpiły do pracy.

Ochrona miasta, magazynów i innych obiektów zorganizowana została siłami batalionu wojsk NKWD.

W ciągu dnia wykryto i skonfiskowano dwa składy z bronią polskiej Armii Krajowej, w których znajdowały się 302 niemieckie ciężkie karabiny maszynowe, 152 karabiny  i 40 granatów. Broń tą Polacy próbowali wywieźć do swoich Oddziałów do lasu, lecz zostali zatrzymani.

Zorganizowane grupy żołnierzy wojsk NKWD, prowadzą przeczesywanie  w celu schwytania ukrywających się Niemców i ich likwidacji. Schwytano żywcem 12 osób, zabito 4 osoby.

Do końca dnia w mieście zaprowadzono porządek, ugaszono pożary, wystawiono patrole, sprzątnięto niemieckie trupy.

W okresie niemieckiej okupacji w rejon Wilna  przybył nie legalnie samolotem z  Warszawy przedstawiciel t. zw. Londyńskiego Rządu Polskiego w charakterze  "Komendanta Wileńskiego i Nowogródzkiego  Okręgów Wojennych" generał o pseudonimie "Wilk" ,według posiadanych danych jego nazwisko brzmi Kasplicki., oprócz "Wilka" jest pułkownik "Szczebic"  /Umbek/  nazywający siebie przedstawicielem  polskiego sztabu generalnego. "Wilk" i "Szczernicz" rozwinęli  znaczną działalność w zakresie formowania i kierowania polskimi oddziałami wojskowymi.

Na podstawie oświadczeń wielu oficerów Polskiej Armii Krajowej , którzy zostali przez nas przesłuchani, a także na podstawie osobistych obserwacji formacje te liczą  ogółem 30  pojedynczych brygad o liczebności od 300 do 600 osób każda.

Oprócz tego, podczas niemieckiej okupacji istniała w Wilnie polska podziemna organizacja wojskowa, która była zorganizowana w trzech oddziałach. Z tych trzech oddziałów także obecnie istnieją oddział nr 1 o liczebności 1.500 osób. Rwa oddziały , według słów szefa sztabu oddziałów, nie istnieją, ponieważ jeden z nich został rozbity przez Niemców w czasie próby opanowania Wilna, a drugi Niemcy rozpędzili w okresie jego organizacji.

Na dzień dzisiejszy w Wilnie znajduje się nie więcej niż 2.000 żołnierzy Polskiej Armii Krajowej, a w powiatach : nowogródzkim /Turkeli , Wołkorabiszki / do 7 - 8.000 osób, Miedniki / Kolonia Górka / do 8.000 osób i wokół Wilna / majątek Wierki Nowe / 3 - 4.000 osób. Ogółem nie więcej niż 25.000 osób.

Nasi oficerowie i generałowie byli we wszystkich tych powiatach i widzieli ich rozmieszczenie i liczebność.

Wszyscy polscy żołnierze zorganizowani są w Brygady i uzbrojeni w większości w rosyjskie karabiny i pistolety maszynowe, rewolwery i granaty. .Oprócz tego w Brygadach znajduj a się ciężkie i ręczne karabiny maszynowe, rusznice przeciwpancerne, działa, niemieckie działa samobieżne, a nawet czołgi. / w 2 Brygadzie widzieliśmy 3 czołgi /. Mają także środki transportu - samochody, motocykle, konie.

Polacy zaopatrują się u miejscowej ludności. Przy czym,  dowódca 2 Brygady mjr Więgiel oświadczył nam że w tej sprawie ma zgodę gen. majora Armii Czerwonej Biełkina - Gładyszewa / dowódca 277 Dywizji 5 Armii /.

Polacy awanturują się siłą odbierają miejscowej ludności żywność, bydło i konie., oświadczając że idzie to do polskiej armii.

Mają miejsca groźby, że jeśli miejscowi mieszkańcy Litwy będą zdawać żywność Armii Czerwonej, to Polacy za to ich ukarają.

Wszyscy żołnierze Armii Polskiej umundurowani są w mundury polsko - niemieckie z naramiennikami i naszywkami, w konfederatkach lub pilotkach na głowie, w większość ma znaczek / orzeł / a na rękawie biało - czerwoną opaskę. Na samochodach są biało- żółte kokardy, na domach w których rozlokowani są Polacy również są kokardy. Każdy żołnierz posiada drukowane zaświadczenie, że jest żołnierzem Polskiej Armii Krajowej o należy do określonego oddziału.

Polacy starannie ukrywają swoich dowódców i miejsca ich przebywania.

Udało się nam ustalić jedynie dowódców Brygad "do spraw pilnych, w związku z rozmieszczeniem wojsk Armii Czerwonej w tym rejonie.

W związku z tym że dowództwo 3 Frontu Białoruskiego umożliwiło  polskim organizacjom wojskowym działanie, Polacy zaczęli stawać się beszczelni. Po oczyszczeniu Wilna z Niemców, na ratuszu miejskim wywieszono flagę sowiecką. Po pewnym czasie poniżej flagi sowieckiej pojawiła się Polska flaga, która od razu co prawda została zdjęta. Wczoraj wieczorem w Wilnie chowano naszych oficerów, którzy zginęli podczas wzięcia Wilna. Nad grobem dowódca pułku powiedział, że zginęli za wyzwolenie litewskiej stolicy Wilna. Stojący obok dwaj polscy żołnierze zwrócili się do naszego pułkownika Kaprałowa i stwierdzili, że widocznie pułkownik / przemawiający . nie wie, że Wilno nigdy nie było i nie będzie litewskie.

Gdy jednostki Armii Czerwonej znajdowały się na przed polach Wilna, dowódca polskiej 2 Brygady, nawiązał łączność z naszym generałem Biełkjinem-Gładyszewem i zwrócił się z wnioskiem o współdziałanie Polaków przy wzięciu Wilna.

Generał Biełkin-Gładyszew napisał do dowódcy Brygady Polaka, oficjalny dokument, w którym wskazuje że " w sprawie współdziałania jednostek Armii Czerwonej z waszymi  jednostkami w opanowaniu Wilna powinniście nawiązać łączność z pułkownikiem Morozowem, który otrzymał instrukcje w tej sprawie. Szczególną uwagę zwróćcie na waszą odsłoniętą lewą flankę, której z północy zagrażają Niemcy". Po kilku dniach Polak ten zdobył od generała Biełkina oficjalny dokument z wyrażeniem wdzięczności dla Polaków.

Generał Biełkin napisał następująco :"Ja, generał Biełkin oświadczam, że Polscy żołnierze dobrze bili się o opanowanie Wilna. W imieniu służby wyrażam wdzięczność. Brygada zasłużyła sobie na prawo korzystania ze wszystkich niezbędnych przywilejów".

Wedle Polaków te dwa dokumenty dają im prawo do stwierdzenia, że zajęli Wilno razem z Armią Czerwoną. Faktycznie natomiast sprawa wyglądała taL : "Generał Wilk" otrzymał z Warszawy rozkaz zajęcia Wilna przez jednostki Polskiej Armii Krajowej. Skierowała się tam rzeczywiście jedna Brygada, Niemcy ją doszczętnie rozbili i na tym zakończyło się

" Zajmowanie" Wilna przez Polaków.

W chwili obecnej Polacy rozprzestrzeniają pogłoski, ze z Brygad  będzie sformowana "dYwizja" Polska.

Ludność /polska/ bardzo życzliwie i przyjaźnie i odnosi się do tych formacji, wiele osób nosi wpięte w klapy biało-żółte kokardki, jako znak polskiego patrioty.

Dzisiaj u komendanta miasta zjawił się oficer Polak z prośbą o zgodę na zorganizowanie w Wilnie demonstracji i przemarsz dwóch trzech setek żołnierzy. Myśmy na to nie zezwolili.

Obecnie Polscy prowadzą wzmożoną mobilizację do Armii Krajowej i gromadzą broń. Wczoraj w mieście zatrzymano furmankę z bronią, na której jechał polski żołnierz. Podczas przesłuchania oświadczył, że broń została zebrana u ludności i przeznaczona dla polskich Brygad. Broń skonfiskowano.

Oprócz tego, obecność tej "Polskiej Armii" dezorientuje miejscową ludność. Wielu ludzi myśli, że jest to Armia Polska Berlinga, a kiedy oficerowie aprowizacyjni z 3 Frontu Białoruskiego przyszli do Oszmiany po żywność mieszkańcy oświadczyli im, że już wszystkie świadczenia obowiązkowe wypełnili dla Armii polskiej Berlinga.

NKWD ZSRS melduje, że do posiadanych w Wilnie dwóch batalionów wojsk NKWD i jednego pułku, który przybędzie do Wilna jutro 16 lipca, w rejon Wilna przerzucamy dodatkowo jedną dywizję wojsk wewnętrznych NKWD i cztery oddziały wojsk ochrony pogranicza w związku z czym w ciągu najbliższych 4 - 5 dni w rejonie Wilna będą zgrupowane jednostki wojsk NKWD o ogólnej liczebności 12.000 osób.

Tow. Sierow otrzymał od nas dodatkowe polecenie udzielenia pomocy dowództwu i Radzie Wojennej Frontu w wykonaniu Dyrektywy Kwatery Głównej Naczelnego Dowództwa Nr 220145 z 14.07. b. R. i zgodnie z tą dyrektywą zabezpieczenia niezbędnych działań czekistowskich.

Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych

Związku  SRS

Ł. Beria.

 


 


1944 lipiec 17, Moskwa. -Pismo przewodnie Ł.Berii

do J.Stalina,W.Mołotowa iA.Antonowa

przekazujące meldunek

I.Sierowa i I.Czerniachowskiego

o aresztowaniu  ppłk A.Krzyżanowskiego

i planie rozbrojenia polskich formacji wojskowych.

Ściśle tajne.

W dniu dzisiejszym otrzymano od t. t. Czerniachowskiego następującą informację :

Dzisiaj był wezwany tak zwany gen. mjr "Wilk" /Kulczyckij/. Wilkowi oświadczono, że nas interesują miejsca rozlokowania polskich formacji i dlatego byłoby pożądane, by nasi oficerowie je poznali. Wilk wyraził zgodę i podał nam 6 miejscowości, gdzie rozmieszczone są jego pułki i brygady. Prócz tego zainteresowaliśmy się jego składem oficerskim i zaproponowaliśmy zebrać wszystkich dowódców pułków, brygad ich zastępców i szefów sztabów. Na to również "Wilk" wyraził zgodę i wydał w tym zakresie odpowiednie rozkazy i przekazał je swojemu oficerowi łącznikowemu, który niezwłocznie wyjechał do swojego sztabu.

Po tym "Wilk" został przez nas rozbrojony, a obecny przy tym kapitan - szef sztabu, który jest przedstawicielem Rządu londyńskiego, usiłował chwycić pistolet w celu stawiania oporu, naciągnął kurek, lecz został rozbrojony.

Wychodząc z tego, żeśmy otrzymali miejsca rozlokowania polskich formacji, opracowaliśmy następujący plan operacji :

  1. 1. do miejsc tych zostali wysłani doświadczeni generałowie i Komisarze bezpieczeństwa Państwowego NKWD, w celu rozpoznania i zgłębienia podejść do Polaków.
  2. 2. Jednocześnie do miejsc rozmieszczenia Polaków skierowano formacje  3-go Frontu Białoruskiego wydzielone do rozbrojenia Polaków.
  3. 3. Dzisiaj o godz. 19 do rozbrojenia  oficerskiej kadry dowódczej wysłano grupę wojsk pogranicza i pracowników kierowniczek kadry NKWD.
  4. 4. Jutro, 18 lipca, o godz. 4-tej z rana jednostki przeznaczone do rozbrojenia Polaków będą wyprowadzone na pozycje wyjściowe, udziela się im pouczenia i przystąpią do operacji.

O wynikach operacji będą meldować.

 

 



Kopia, maszynopis.

GARF, f. 9401, op. 2, d. 65, 1. 398-399

Przedruk : NKWD i polskoje podpolje, s. 35-37.

 

1944 lipiec 18.moskwa.-raport Ł.Berii

dla J.Stalina, W.Mołotowa i A.Antonowa o rezultatach operacji rozbrajania oddziałów AK Okręgu Wileńskiego.

Ściśle tajne

Towarzysz Stalin

Towarzysz Mołotow

Towarzysz Antonow.

W dniu dzisiejszym 18 lipca, od T.T.Sierowa i Czerniakowskiego otrzymano następującą informację:

"Wczoraj o godzinie 20 w rejonie wsi Bogusze zostali zebrani dowódcy brygad i batalionów, rzekomo w celu przeglądu przed dowódcą frontu. Ogółem zebrało się 26 oficerów, w tym 9 dowódców brygad,12 dowódców oddziałów i 5 oficerów sztabowych armii polskiej.

Na nasze polecenie zdania broni oficerowie odpowiedzieli odmową i dopiero po zapowiedzi użycia broni, oficerowie rozbroili się.

Ponadto wczoraj zostali zatrzymani: komendant Okręgu Wileńskiego podpułkownik Krzeszowski Lubosław, pseudonim "Ludwik", oraz komendant Okręgu Nowogródzkiego pułkownik Szydłowski Adam pseudonim "Poleszuk".

Szydłowski został w maju br. Zrzucony w Warszawie na spadochronie z Włoch z zadaniem zorganizowania polskich partyzantów w okręgu Nowogródzkim.

Dzisiaj o świcie przystąpiliśmy do przeczesywania lasów, w których, według naszych danych znajdowali się Polacy. W niektórych miejscach Polaków nie było. Ustalono ze w nocy wymaszerowali w kierunku południowym. Dzięki podjętym krokom Polacy zostali doścignięci i rozbrojeni.

Według stanu na godzinę 16 rozbrojono 3500 osób, w tym 200 oficerów i podoficerów.

Podczas rozbrajania skonfiskowano broń: 3000 pistoletów, 300 karabinów maszynowych, 50 cekaemów,15 moździerzy, 7 dział lekkich, 12 samochodów i dużą ilość granatów i nabojów.

Polskich oficerów szeregowców kieruje się pod konwojem do punktów zbornych, a broń zwożona do magazynów.

Jednostki biorące udział w operacji prowadzą dalsze rozpoznanie, ściganie i rozbrajanie oddziałów polskich.

W wyniku przesłuchania dowódców oddziałów i brygad, a także "komendantów" Okręgu Wileńskiego i Nowogródzkiego ustalono że ogólna liczba wszystkich żołnierzy tak zwanej Polskiej Armii Krajowej rozlokowanych w strefie 3 Frontu Białoruskiego waha się / w granicach / od 8. Do 10 tysięcy.

Ze względu na to że dowództwo "armii" zamierzało z tych rozproszonych oddziałów skompletować dwie dywizje uwzględniając dodatkową mobilizację polskiej ludności, w związku z tym rozpuszczono pogłoskę, że w polskiej armii znajduje się ponad 20 tysięcy osób.

Podczas przeprowadzania operacji rozbrajania żadnych ekscesów nie było.

Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych

Związku SRS

Ł.Beria

 


 


Kopia maszynopis.

GARF, f. 9401, op. 2, d. 65 l. 398-399.

Przedruk: NKWD polskoje podpolje, s.35-37.

 

1944 lipiec 20. Moskwa - pismo Ł.Berii do J.Stalina

o przebiegu operacji rozbrajania oddziałów AK.

Nr 778/b

Ściśle tajne

Państwowy Komitet Obrony

Towarzysz Stalin J. W.

Od t. Sierowa i Czerniachowskiego otrzymano dzisiaj następującą informacje o przebiegu operacji rozbrojenia szeregowych i oficerów Polskiej Armii Krajowej.

Ogółem według wstępnych podliczeń, w ciągu dwóch dni operacji rozbrojono ponad 6000 osób. W tym 650 oficerów i podoficerów.

Podczas rozbrajania skonfiskowano 5100 karabinów, 350 pistoletów maszynowych, 230 ręcznych i ciężkich karabinów maszynowych, 12 dział lekkich, 27 samochodów, 7 radiostacji, 350 koni i dużą ilość amunicji.

Polscy szeregowi i oficerowie konwojowani są do punktów zbornych.

Według stanu na 20 lipca br. Z godziny 12, w punkcie zbornym w Miednikach znajduje się 4000 osób, pozostali są w drodze.

Podczas przeprowadzania operacji niektóre pododdziały Polaków przeszły do lasu, porzuciły broń i rozeszły się do domów, ponieważ większość szeregowych i oficerów tych oddziałów mieszka w województwie wileńskim.

Szacujemy że do domów rozeszło się do 1000 szeregowych z różnych oddziałów. Podjęto kroki w celu zebrania porzuconej broni.

Podczas rozbrajania miały miejsce następujące fakty:

Po pierwszym dniu operacji niektóre przemieszczające się oddziały polskie dowiedziały się o rozbrajaniu i podjęły decyzję o przejściu w rejon bagien, do tzw. Puszczy Rudnickiej, w pobliże miasteczka Jaszuny, mając nadzieję że nie dotrą tam jednostki wojskowe. Zajęli tam /pozycje/ obronne. 19 lipca przed końcem dnia jednostki 152 rejonu umocnionego i 86 pułku /wojsk ochrony pogranicza/ podeszły pod pozycje Polaków, okrążyły ich i poleciły rozbroić się. Polscy oficerowie początkowo odpowiedzieli odmownie, a następnie zgodzili się i poprosili o zgodę na przenocowanie we wsi.

W rezultacie rozbrojono do 1500 osób.

Jeden batalion Polaków przeszedł do lasu, na zachód od Jaszun zajął /pozycje/ obronne wzdłuż drogi i odmówił rozbrojenia się. Posłano tam batalion w celu ich rozbrojenia.

W pozostałych /przypadkach/ ekscesów nie było.

Z reguły grupy 200-300 Polaków rozbrajane były przez 10-15 naszych żołnierzy. Przy tym jako charakterystyczne /należy/ zaznaczyć że absolutna większość szeregowych wyraża chęć wstąpienia do armii polskiej Berlinga.

W związku z tym, że operacja rozbrajania dobiega końca /pozostały drobne rozproszone grupy i pojedynczy żołnierze/ t. Sierow i Czerniachowski proszą o zgodę na następujące działania:

  1. 1. Dopuścić do punktu zbornego Polskiej Armii Krajowej przedstawicieli armii Berlinga, znajdujących się tutaj w celu selekcji /osób/ chcących służyć w armii polskiej spośród szeregowców i podoficerów.
  2. 2. Szeregowców i podoficerów, którzy wyrazili chęć wstąpienia do armii polskiej skierować do pułków zapasowych Głównego Zarządu Formowania w celu następnego wykorzystania ich w jednostkach tyłowych Armii Czerwonej.
  3. 3. Kadrę oficerską, mającą znaczenie NKWD-NKGB i Kontrwywiadu "Smiersz".
  4. 4. Pozostałą kadrę oficerską skierować do obozów NKWD, ponieważ w innych warunkach będą się oni zajmować organizowaniem różnych polskich organizacji podziemnych.

Proszę o Wasze wytyczne.

Ludowy Komisarz Spraw Wewnętrznych                Związku SRS

Ł.Beria

 


 


Kopia,  maszynopis.

GARF, f. 9401, op. 2, d. 66, l. 11-12.

Notatka szefa KGB ZSSR A. Szelepina dla N. Chruszczowa (9 marca 1959 r.)

Do Towarzysza Chruszczowa N.S.

W Komitecie Bezpieczeństwa Państwowego przy Radzie Ministrów ZSSR od 1940 roku przechowywane są akta ewidencyjne i inne materiały dotyczące rozstrzelanych w tymże roku jeńców i internowanych oficerów, żandarmów, policjantów, osadników, obszarników itp. osób z byłej burżuazyjnej Polski. W sumie na podstawie decyzji specjalnej trójki NKWD ZSSR rozstrzelano 21,857 osób, z czego: w Lesie Katyńskim ( obwód Smoleński) 4,421 osób, w obozie Starobielskim w pobliżu Charkowa ~ osób, w obozie Ostaszkowskim (obwód Kaliniński) 6,311 osób i 7.305 osób było rozstrzelanych w innych obozach i więzieniach Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi.

Cała operacja likwidacji wymienionych osób przeprowadzona została na podstawie Decyzji KC KPZR z 5 marca 1940 roku. Wszyscy oni osądzeni zostali na najwyższy wymiar kary na podstawie akt ewidencyjnych zaprowadzonych dla nich jako jeńców wojennych i internowanych w 1939 roku.

Od momentu przeprowadzenia wymienionej operacji, tj. od 1940 roku, żadnych informacji związanych z tą sprawą nikomu nie udzielano i wszystkie akta w liczbie 21,857 przechowywane są w opieczętowanym pomieszczeniu.

Z punktu widzenia Organów Sowieckich wszystkie te akta nie przedstawiają ani operacyjnej, ani historycznej wartości. Wątpliwe jest, by mogły one przedstawiać rzeczywistą wartość dla naszych polskich przyjaciół. Przeciwnie nawet, jakakolwiek nieprzewidziana niedyskrecja może doprowadzić do zdekonspirowania przeprowadzonej operacji, ze wszystkimi niepożądanymi dla naszego państwa następstwami. Tym bardziej, że w stosunku do rozstrzelanych w

Lesie Katyńskim funkcjonuje wersja oficjalna, potwierdzona przeprowadzonym z inicjatywy Organów Władzy Sowieckiej w 1944 roku śledztwem Komisji nazywającej się; "Komisja Specjalna powołana dla ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania w Lesie Katyńskim przez niemiecko-faszystowskich okupantów jeńców wojennych - polskich oficerów"5.

Zgodnie z konkluzjami tej komisji, wszyscy zlikwidowani tam Polacy uznani zostali za zlikwidowanych przez niemieckich okupantów. Materiały śledztwa były w tym okresie szeroko komentowanc w prasie sowieckiej i zagranicznej. Konkluzje komisji trwale zapadły w świadomość międzynarodowej społeczności.

W związku z wyżej powiedzianym wydaje się celowe zniszczenie wszystkich akt ewidencyjnych dotyczących osób rozstrzelanych w 1940 roku w ramach wyżej wymienionej operacji.

Dla odpowiedzi na potencjalne pytania po linii KC KPZR bądź Rządu Sowieckiego można pozostawić protokoły posiedzeń trójki NKWD ZSSR, która osądziła wymienione osoby na karę rozstrzelania, i akta dotyczące wykonania decyzji trójki. Objętość tych dokumentów jest niewielka i przechowywać je można w specjalnej teczce.